Oblicza zbrodni


Etapy planowej eksterminacji


Akcja eksterminacyjna w miarę narastania nabierała cech planowej, z dnia na dzień usprawnionej, działalności. Tak więc w nawiązaniu do sporządzonych jeszcze w ostatnich miesiącach pokoju "czarnych" list Polaków - mieszkańców ziemi starogardzkiej, niebezpiecznych dla Rzeszy, ustalono kolejność "likwidacji" skazanych osób, określono miejsca koncentracji i sposoby "przygotowania" ofiar na śmierć, wyznaczono wykonawców wyroków, jak również dokonano wyboru, przygotowania i zabezpieczenia miejsc egzekucji.

Okupant po wkroczeniu na Pomorze w 1939 roku dokonał podziału ludności na cztery niżej wyszczególnione grupy:

  1. volksdeutsche, tj. byłych obywateli polskich narodowości niemieckiej, od początku korzystających z tych samych uprawnień, jakie przysługiwały przybyszom z III Rzeszy, tzw. reichsdeutschom; grupa ta otrzymała pełne prawa obywatelskie 26 października 1939 roku;

  2. warstwa pośrednia  - Zwischenschichte, do której zaliczano Polaków z terenów byłego zaboru pruskiego, od urodzenia tu zasiedziałych, być może spokrewnionych z Niemcami, czy np. kiedyś służących w wojsku niemieckim, a przez hitlerowców po prostu uważanych za "spolonizowanych" Niemców, choć nie korzystających z żadnych specjalnych uprawnień;

  3. Polacy, przewidziani do zniemczenia, rekrutujący się przede wszystkim z ludności napływającej z byłych zaborów austriackiego i rosyjskiego (tzw. Kongresspolen), jak i też z części ludności miejscowej, z tzw. warstwy pośredniej, "politycznie niepewnej" - w sumie przewidzianej do wysiedlenia;

  4. polska warstwa kierownicza, do której między innymi zaliczano duchownych, nauczycieli, ziemian, przemysłowców, bogatszych kupców, działaczy politycznych, społeczno - kulturalnych, a także Żydów, Cyganów, jednostki o charakterze aspołecznym i kryminalnym, fizycznie ułomne, psychicznie chore itp.; cała ta grupa przewidziana była do zlikwidowania ("zulikwidieren") tj. na śmierć lub w najlepszym wypadku na pobyt w obozie.

W próżni prawnej, wytworzonej na Pomorzu przez wkroczenie agresora, charakteryzującej się anarchią społeczną, powstał w Starogardzie jeszcze przed połową września tzw. Volksgericht (sąd ludowy), składający się z około piętnastu Niemców, który pod przewodnictwem landrata Johsta do końca listopada, jako samozwańczy organ opiniodawczo - wyrokujący, decydował o losie uwięzionych. Urzędował on w salce miejscowego sądu powiatowego, magistracie czy np. w willi Kauffmanna. Volksgericht wyrokował szybko, w trybie doraźnym, bez żadnej dokumentacji, najczęściej w oparciu o listy sporządzone przez zainteresowanych Niemców. Zdarzało się też, że np. naczelnik więzienia, Fast czy Opel (od 27 listopada), uzależnili zwolnienie aresztanta od jednoosobowej decyzji przywódcy Selbstschutzu, Pawła Drewsa.

Na miejsce egzekucji wybrano Las Szpęgawski, olbrzymi kompleks boru sosnowego o długości przeszło dziesięciu i szerokości siedmiu kilometrów, stanowiący własność obszarnika von Paleske, położony zaledwie o kilka kilometrów na północny wschód od Starogardu, pozbawiony osad ludzkich, choć posiadający dobre dojazdy nie tylko od strony "stolicy" Kociewia, ale także z pobliskiego Tczewa. Z tych względów las ten, a w szczególności enklawa powyrębowa z 1938 roku, posiadająca stosunkowo piaszczysty, łatwy do kopania grunt, była odpowiednim miejscem, by dokonywać tu masowych egzekucji. Wprawdzie las ten od strony południowo - wschodniej przecinała dwutorowa linia kolejowa Starogard - Tczew, ale nie było przy niej żadnego przystanku, a wglądu do enklawy z okien pociągu "bronił" szeroki gęsty pas wysokopiennego sosnowego boru.

Według założonego z góry planu, już 16 września w oddziale 109 lasu przystąpiono do kopania grobów i odkrzewiania terenu. Pracę tę wykonywała, pod nadzorem SS-manów, specjalna kolumna robocza złożona z 32, spędzonych ze Starogardu, Polaków. Pracowała ona beż przerwy do 18 listopada, początkowo po 8 godzin, pod koniec października po 9, a w połowie listopada kiedy dzień był najkrótszy, aż do nocy. Organizatorom śpieszyło się.

Jesienią 1939 roku, poza kolumną roboczą i sprawcami morderstw, nikt nie miał dostępu do miejsc zbrodni. Las został otoczony posterunkami ubezpieczającymi, a drogi oznakowano zakazami wstępu i wjazdu. Pierwszymi ofiarami byli Starogardzcy Żydzi. Przed wojną w mieście mieszkało ich 143. W końcu sierpnia 1939 roku znaczna ich ilość opuściła swe domy, udając się do do centralnej Polski. Niestety niektórzy, pozbawieni dalszej ucieczki, zmuszeni byli zawrócić spod Osia. Czarnym dniem dla przebywających w mieście Żydów stał się 19 września, kiedy to wezwano wezwano ich do magistratu o godzinie 19 (początek godziny policyjnej) pod pozorem omówienia spraw związanych z obroną przeciwlotniczą Starogardu. Przybyłych, już po zapadnięci zmroku, wśród pustych placów i ulic, przy zasłoniętych ze względów przeciwlotniczych oknach domów, przeprowadzono do pobliskiej bożnicy. Tu ich bestialsko pobito a następnie zastrzelono. Nazajutrz rano, około godziny 4, a więc jeszcze przed upływem godziny policyjnej, wywieziono ciała pomordowanych do Lasu Szpęgawskiego i tam zakopano.

Jest też inna wersja tego zdarzenia, oparta na posiadanym tuż po wojnie przez referat polityczno-społeczny Zarządu Miejskiego w Starogardzie piśmie porucznika (?) Fritza Grabowskiego, z dnia 22 października 1940 roku, skierowanym do burmistrza w Starogardzie, a zawierającym wzmiankę o tym, że on osobiście swoim samochodem wywiózł Żydów z miasta na rozstrzelanie.

Natomiast według Cyryla Jacubusa, Żydzi ci zostali zamordowani nie w Lesie Szpęgawskim, a gdzieś bliżej miasta, w polu gdzie dziś stoją już bloki mieszkaniowe Starogardu. Informację tę oparł on na wypowiedzi burmistrza Artura Martera. Ogółem w dniu 19 września zginęło 25 Żydów.

Oddzielnie została wymordowana jeśli nie cała, to przynajmniej część rodziny żydowskiej Peischa Diamonta, kupca, którego uprzednio zmuszono do obnoszenia na plecach, po ulicach miasta kompromitującej, oszczerczej tablicy. Według jednej z wersji zabito syna Diamonta - Mariana, który został zakopany pod płotem pobliskiego cmentarza ewangelickiego. Natomiast chorą na wodogłowie córkę Żyda hitlerowcy rozstrzelali w baraku, na podwórku Huty Szkła, a następnie rozkazali ojcu zawieść jej ciało na cmentarz żydowski. Tu zastrzelili samego Diamonta.

W dniu 18 października 1939 roku wymordowani zostali ostatni trzej żyjący jeszcze w Starogardzie Żydzi: Jan Piotr Kauffmann i Juliusz Senft, obydwaj w ratuszu, podczas gdy żona ostatniego - Joanna zginęła w Lesie Szpęgaskim.

20 września grupa SA-manów, maszerujących uicami Tczewa, śpiewała: "Hangt die Polen, stel die Juden an die Wandt..." (Wieszajcie Polaków, a Żydów stawiajcie pod ścianę...)

W dniu 22 września hitlerowcy przystąpili do likwidacji pacjętów Krajowego Zakładu Psychiatrzycznego w Kocborowie. Akcja ta trwała do 21 stycznia 1940 roku, a miała na celu pozbycie się ludzi niewartościowych i nieproduktywnych, stanowiących stały czy nawet okresowy ciężar dla państwa. Na zagładę skazano nie tylko osoby ciężko dotknięte umysłowo czy psychicznie, ale i takie, które chorowały tylko okresowo. Niektórych ciężko chorych pielęgniaże usypiali w samochodach zastrzykami z morfiny, a następnie wrzucali do wcześniej przygotowanych grobów.

Likwidację pacjentów kocborowskich prowadziła grupa SS-manów z Gdańskiej Jednostki KurtaEimanna, pozostając pod dowództwem SS-Obersturmfurera Karola Braunschweiga. Wyjazdy zespołów tego komanda z pacjętami do Lasu Szpęgawskiego poprzedzały częstokroć całonocne hulanki i orgie.

SS-mani - zeznała Małgorzata Reszczyńska, ur. 03 czerwca 1909 roku, wówczas pielęgniarka Zakładu Psychiatrycznego w Kocborowie - wracając z lasu mieli umazane krwią twarze, ręce, buty, mundury. Wcale się z tym nie ukrywali, nie spiesząc się z myciem. Spożywając w kasynie jedzenie SS-mani przechwalali się ile kto zabił, kto im uciiekł, do kogo strzelali pojedynczo, kogo dobijali kolbą itp...

Ogółem wymordowano w Lesie Szpęgawskim 1657 pacjentów, w tym najwięcej, bo 357 osób, w dniu 8 grudnia 1939 roku. Wśród ofiar byli chorzy przekazani uprzednio z innych, pokrewnych zakładów psychiatrycznych, np.: z Kulpartowa pod Lwowem (310), Świecia (287), Kobierzyna pod Krakowem (121), Dziekanki koło Gniezna (75), Wejcherowa (60). Warszawy (39), Gostynina (25), Tworek koło Pruszkowa (13) i Gniewa (11 dzieci). Pacjęci pochodzili też z innych krajów, jak z Niemiec (21), Austrii (19), Francji (11), Czechosłowacji (9), USA (7), Kanady (7), Belgii (6), Danii (13) i Włoch (1). Zakład psychiatryczny w Kocborowie był bowiem jednym z największych w Polsce i przy tym znanym w Europie ze stosunkowo skutecznych, nowoczesnych metod leczenia. Stąd Las Szpęgawski jako teren masowych egzekucji ma charakter międzynarodowy. Warto też dodać, że w 1940 roku zmianie uległy metody eksterminacji chorych psychicznie. Wprowadzono eutanazję.

Aresztowania duchownych nastąpiły w nocy z 13 na 14 października 1939 roku, a dokonali ich członkowie starogardzkiego Selbstschutzu, niekiedy przebrani w szaty kapłański. W czasie tej akcji pobili oni księdza proboszcza Krzyżanowskiego z Sumina, któremu następnie wybito kilka zębów i przemocą wlano mu do ust wódkę. Kazano mu też rozebrać się do naga, chodzić na klęczkach i  dokonać stosunku cielesnego z własną gospodynią. Około godziny 530 przywieziono duchownych do więzienia w Starogardzie, gdzie bito ich gumową pałką. Księdza Wałdocha z Kręga uderzono w twarz tak silnie, że wypłynęło mu oko.

O torturach w tym więzieniu tak między innymi pisze ksiądz Wojciech Gajdus w swojej książce pt. "Nr 20998 opowiada".

Dnia 16 października 1939 roku około godziny 16-tej wywieziono wszystkich do Lasu Szpęgawskiego i tam ich rozstrzelano. W powiecie starogardzkim pozostało jedynie kilku księży - emerytów.

12 października internowano około 70 nauczycieli i nauczycielek powiatu starogardzkiego w obozie tymczasowym w Skórczu oraz - według Polikarpa Niklewskiego - w tamtejszej szkole powszechnej. 19 października po południu, zostali oni przetransportowani do więzienia w Starogardzie (do domu zwolniono tylko nauczycielki). W więzieniu zaaresztowanych nauczycieli przywitano słowami: Przeklęci księża i nauczyciele podburzali naród ...

Dnia 20 października, to jest nazajutrz, nauczyciele ci, o zmasakrowanych częstokroć twarzach, zmaltretowani fizycznie i duchowo, niezdolni do stawienia żadnego oporu, zostali wywiezieni trzema samochodami ciężarowymi do Lasu Szpęgawskiego. W trakcie wykonywania egzekucji przywieziono ze Starogardu rozkaz o wstrzymaniu rozstrzeliwań i dlatego nauczyciele z ostatniej ciężarówki ocaleli. Zostali przywiezieni z powrotem do więzienia, po czym odebrano od nich przysięgę milczenia i dwa miesiące później zwolniono. W ten sposób z przeznaczonych do zagłady ponad 60 nauczycieli zginęło 43.

W dniu 4 listopada zamordowano w Lesie Szpęgawskim około 25 Polaków z Tczewa, w przeddzień przywieziono ich do więzienia w Starogardzie. Tego samego dnia rozstrzelano tamże 12 innych więźniów, pochodzących ze Starogardu, Borzechowa, Dąbrówki  i Koteża. Dnia 20 tego miesiąca odbyła się w Lesie Szpęgawskim egzekucja 20 dalszych więźniów, pochodzących z powiatu starogardzkiego. Trzy dni później podobny los spotkał w oddziale 109 transport więźniów z Ryjewa (około 50 osób), pochodzących głównie z Opalenia. Bernard Cichocki z Tczewa napisał w swoim pamiętniku jeszcze o jednym transporcie (około 40 osób), skierowanym do Lasu Szpęgawskiego z zamku w Gniewie. Ostatnie masowe egzekucje więźniów ze Starogardu odbyły się prawdopodobnie na przełomie listopada i grudnia 1939 roku. Natomiast Listę ofiar z powiatu tczewskiego zamykały nazwiska 13 Polaków, rozstrzelanych publicznie w Tczewie 24 stycznia 1940 roku w związku z podpaleniem fabryki "Arcon". Pogrzebano ich również w oddziale 109.

Więźniów zabijano głównie strzałami z broni palnej. W grobie musieli położyć się na brzuch z rękami założonymi na czole, po czym otrzymywali strzał w kark u nasady głowy. Innych ustawiano nad skrajem grobu twarzą do wnętrza i oddawano salwę z karabinów maszynowych, ustawionych w niedalekiej odległości. Tych, którzy jeszcze żyli wykańczano uderzeniem kolby w głowę lub grzebano w grobie bez dobijania. Zwłoki, poukładane w grobie warstwami, zasypywano ziemią, chociaż często robiono to niedbale, bo jeszcze wczesną wiosną 1940 roku z kilku grobów wystawały nogi ludzkie. Wykonawcy zbrodni, przed wyjazdem do lasu, często upijali się, zapewne dla dodania sobie odwagi.

Paweł Drews, przywódca starogardzkiego Selbstschutzu, mawiał, że na ogół skazańcy umierając zachowali tak godną postawę, że trzeba było to podziwiać. Niektórzy żegnali się z życiem ze słowami na ustach "Jeszcze Polska nie zginęła ...".